Strona główna > Z dala od klawiatury > Podróże > Wyjazd na Podlasie
Kategorie
Podróże

Wyjazd na Podlasie

Za nami kolejny udany wyjazd weekendowy, który wraz z żoną rozpoczęliśmy w pierwszy piątek lutego. Właśnie tak, mimo naszego pracoholizmu wzięliśmy po dniu wolnym od pracy. Tym razem wybraliśmy się na wschód kraju, na Podlasie, a dokładnie w okolice Białegostoku.

Ten wyjazd był planowany z myślą o feriach, w których będzie dużo śniegu, żeby można było zrobić saneczkowy kulig. Początkowo myślałem o znalezieniu noclegu w Białymstoku, a na kulig wybrać się w jego okolice, ale udało mi się znaleźć miejsce, które mnie zainteresowało, ale również spodobało się mojej żonie. To miejsce łączyło w sobie nocleg oraz możliwość zorganizowania kuligu.

Udało się zarezerwować pokój w wybranym terminie, więc zacząłem wyszukiwać miejsc, które można zwiedzić w tych okolicach. Pierwszym miejscem do zwiedzania miała być Linia Mołotowa, czyli liczne schrony, które znajdują się w okolicy miejscowości Prosienica. W planie wyjazdu na Podlasie nie mogło zabraknąć zwiedzania Białegostoku i Supraśla. Dopisałem również Choroszcz, Tykocin oraz Kiermusy, gdzie prowadzona jest hodowla żubrów. Pozostało tylko oczekiwanie na wyjazd.

Dzień wyjazdu w końcu nadszedł, więc z małym poślizgiem spakowaliśmy torby do samochodu i ruszyliśmy na Podlasie. Czekało na nas ponad 240 km jazdy do miejsca, gdzie mieliśmy zarezerwowany pokój, ale po drodze czekało nas zwiedzanie ustalonych wcześniej miejsc.

Pierwszym miejscem zwiedzania miała być Linia Mołotowa, jak wcześniej wspominałem. Niestety pomiędzy schronami trzeba by było przechodzić przez pola, a ze względu na to, że wcześniej padał deszcz, to nie bylibyśmy w stanie normalnie pomiędzy nimi przechodzić. W to miejsce trzeba będzie przyjechać w jakiś ciepły dzień lub z odpowiednim sprzętem i poświecić na chodzeniu po schronach cały dzień, ponieważ jest ich sporo do zobaczenia.

Ruszyliśmy do Białegostoku, gdzie po dojechaniu zaparkowaliśmy samochód w centrum, aby na spokojnie pochodzić po mieście. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od parku Planty, z którego przeszliśmy do Parku Branickich. Pierwszy park jest łady, ale widać, że trochę zaniedbany, chociaż akurat trwały jakieś prace remontowe, więc może niedługo jego oblicze ulegnie zmianie. Park Branickich wraz z pałacem, który się na nim znajduje, robią wrażenie, mimo tego, że oglądaliśmy je zimą. Musi być w nim pięknie wiosną, czy latem, kiedy rośliny zaczynając kwitnąć i jest kolorowo.

Pałac Branickich w Białymstoku
Pałac Branickich w Białymstoku

Obecnie w pałacu znajduje się rektorat Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku oraz Muzeum Historii Medycyny i Farmacji UMB, ale nadal można zwiedzać jego wnętrza. Do zwiedzania zostały udostępnione takie pomieszczenia jak Aula Wielka, Kaplica, hol główny oraz klatka schodowa. Więcej informacji na temat zwiedzania Pałacu Branickich dostępnych jest na stronie internetowej Uniwersytetu Medycznego.

Po obejściu Pałacu Branickich przeszliśmy na Rynek Kościuszki, gdzie pierwszym punktem jest Katedra Wniebowzięcia NMP, którą widać z daleka.

Katedra Wniebowzięcia NMP w Białymstoku
Katedra Wniebowzięcia NMP w Białymstoku

Rynek w Białymstoku otoczony jest niewysokimi, odnowionymi kamienicami, które są ładnie ozdobione. Kamienice nie są tak kolorowe, jak na przykład w Gdańsku, dlatego moim zdaniem całość prezentuje się bardziej elegancko. W kamienicach znajdują punkty usługowo-gastronomiczne, które mimo pory roku są licznie odwiedzane. Naszą uwagę przykuło wiele salonów z sukniami ślubnymi, ponieważ tylu w jednym miejscu nigdzie nie widzieliśmy, chyba że nie zwracaliśmy wcześniej na to uwagi.

Rynek w Białymstoku
Rynek w Białymstoku
Rynek w Białymstoku
Rynek w Białymstoku
Rynek w Białymstoku
Rynek w Białymstoku

Z Rynku Kościuszki ulicą Suraską doszliśmy do rzeźby przypominającej teatralną maskę. Znajduje się ona przy Placu Uniwersyteckim. Z jednej strony maska jest uśmiechnięta, a z drugiej smutna. Ciekawa koncepcja, która ma nawiązywać do teatralnych miejsc w Białymstoku.

Po drugiej stronie Placu Uniwersyteckiego, na terenie parku Centralnego, znajduje się Pomnik Bohaterów Ziemi Białostockiej. Pomnik mierzy prawie 22 metry i umiejscowiony jest na wzniesieniu, co robi oszałamiające wrażenie.

Pomnik Bohaterów Ziemi Białostockiej
Pomnik Bohaterów Ziemi Białostockiej

Przeszliśmy przez park Centralny i doszliśmy do Opery i Filharmonii Podlaskiej. Budynek łączy w sobie nowoczesną formę z naturalnymi elementami, co trochę przypomina warszawski BUW, ale widać, że wszystko zostało lepiej przemyślane i dopasowane do siebie. Podobnie jak w BUW-ie można wejść na dach budynku, ale tu jest to możliwe tylko za opłatą.

Opera o Filharmonia Podlaska
Opera o Filharmonia Podlaska

Po obejściu terenu Opery i Filharmonii Białostockiej doznaliśmy szoku. Za naszymi plecami znajdował się budynek opery, z lewej strony park Centralny, przed nami w oddali nowoczesne bloki, a pomiędzy nimi zaniedbane, drewniane gospodarstwo. Niezły kontrast, rozwalające się gospodarstwo w środku dużego miasta. Trochę przypomniało mi to gospodarstwo z filmu Zróbmy sobie wnuka, ale w filmie było zadbane, a tu nie.

Drewniany budynek w centrum Białegostoku
Drewniany budynek w centrum Białegostoku

Przy gospodarstwie doszliśmy do ulicy Młynowej, następnie Marjańskiego, Liniarskiego i Lipową wróciliśmy na Rynek. Wróciliśmy tu, żeby zjeść obiad w Ratuszu, a dokładnie w restauracji Esperanto, która się w nim znajduje. Mimo tego, że porcje nie były duże, ale za to smaczne i sycące. Dobrym pomysłem jest podawanie herbaty z miodem w kieliszku do wódki i goździkami oraz pomarańcz, co sprawdza się w takie chłodne dni. W innych lokalach w Białymstoku nie byliśmy, więc nie mam porównania.

Ratusz w Białymstoku
Ratusz w Białymstoku

Spod Ratusza ulicą Lipową dotarliśmy do kościoła św. Rocha. Ze względu na swój rozmiar kościół rzuca się w oczy, w szczególności, że widać go już spod Ratusza. Co ciekawe na terenie kościoła znajduje się przedszkole, a na jego patio plac zabaw.

Kościół św. Rocha w Białymstoku
Kościół św. Rocha w Białymstoku

Ze względu na to, że już się ściemniało, a nie dojechaliśmy jeszcze do miejsca, gdzie mieliśmy nocować, to zaczęliśmy kierować się w stronę samochodu. Szliśmy kawałek ulicą Piłsudskiego, gdzie na blokach namalowane są piękne murale.

Mural na ul. Piłsudskiego w Białymstoku
Mural na ul. Piłsudskiego w Białymstoku

Następnie przeszliśmy przez rynek i obok Pałacu Branickich. Zrobiliśmy małe zakupy na wieczór oraz na następny dzień i ruszyliśmy do ostatniego punktu tego dnia.

Pałac Branickich w Białymstoku nocą
Pałac Branickich w Białymstoku nocą

Miejscem, do którego dojechaliśmy, było gospodarstwo agroturystyczne Ritowisko, które położone jest w Puszczy Knyszyńskiej. Żeby dojechać do tego miejsca, to za Supraślem należy skręcić w leśną drogę w kierunku Surażkowa i przez puszczę jechać 8 km. Co prawda telefonicznie zostałem uprzedzony, aby nie jechać z nawigacją, ale postanowiłem to zweryfikować i okazało się, że AutoMapa nie zawiodła, ponieważ wyznaczyła poprawną trasę.

Dojazd do Ritowiska przez puszczę w nocy był emocjonujący. Po drodze mijaliśmy różne rzeźby, które wyłaniały się z lasu jedna po drugiej, co w nocy robiło niesamowite wrażenie. Okazało się, że te rzeźby tworzą Galerię Leśną Powstania Styczniowego 1863 r. Dopiero po 6 km pojawiły się jakieś zabudowania, po przejechaniu których znowu było pusto, aż do samego Surażkowa, wsi, która wyglądała, jakby nikt w niej nie mieszkał.

Po dojechaniu na miejsce przywitała nas pani Agnieszka, która pomaga właścicielom w prowadzeniu pensjonatu. Przekazała nam pokój i ustaliliśmy godziny śniadania. Po rozpakowaniu się wraz z żoną rozpoczęliśmy imieninową kolację, pijąc różowe wino i dopracowując plan na następny dzień.

W sobotę wstaliśmy rano, ponieważ o 9 mieliśmy mieć śniadanie. Już o 8 poczuliśmy dobiegające z kuchni do pokoju zapachy jedzenia, które zapowiadały, że czeka nas coś smacznego. I tak było. Domowe jedzenie ze świeżo zrobioną pastą z grzybów. Pierwszy raz taką pastę jedliśmy. Była bardzo smaczna. Do tego śniadanie było w miłej atmosferze wraz z innym małżeństwem i gospodarzami.

Z panem Cezarym, właścicielem Ritowiska, ustaliliśmy wcześniej, że w sobotę zrobimy kulig, ale śniegu nie było i nie zapowiadało się, że do wieczora spadnie, więc taka rozrywka odpadała. Na taką okoliczność pan Cezary jest przygotowany i zaproponował jazdę nocą bryczką, na co również mają wielu chętnych. Nawet w tę sobotę mieli zorganizowaną grupę na wieczorną przejażdżkę, a później biesiadowanie. Pan Cezary zaproponował również konną jazdę z pochodnią, co polecało małżeństwo, które jadło z nami śniadanie. Mieliśmy się zastanowić, co wybieramy i dać odpowiedź.

Po śniadaniu poszliśmy do pokoju przygotować się do podróży. W międzyczasie ustaliliśmy, że skorzystamy z drugiej propozycji pana Cezarego i przejedziemy się wierzchem na koniach. W związku z tym wychodząc, poinformowaliśmy panią Ritę, żonę pana Cezarego o naszej decyzji i ustaliliśmy, że przejażdżkę rozpoczniemy o 19:30, ponieważ mniej więcej o tej godzinie powinniśmy wrócić, a poza tym wcześniej inni goście mieli zarezerwowany kulig bryczką. Po rezerwacji przejażdżki wyszliśmy pochodzić chwilę po terenie gospodarstwa.

Ponieważ jeszcze tego nie zrobiłem, to w tym momencie opiszę trochę Ritowisko. Jest to gospodarstwo agroturystyczne położone w Surażkowie nad rzeką Sokołda. Na terenie gospodarstwa znajduje się stajnia, w której obecnie przebywa 15 koni. Konie wykorzystywane są do przejażdżek wierzchem, kuligów, czy karetą do ślubu. Konie mają sporej wielkości wybieg, z dojściem do stawu, w którym można łowić ryby. W innych pomieszczeniach gospodarczych znajdują się kury, indyki, czy króliki. Na terenie znajduje się również altana, w której można zrobić grilla, jest miejsce na ognisko. Wybudowana również została ścianka wspinaczkowa, a dzieci mają domek do zabawy. Gospodarze do dyspozycji gości mają również kajaki, które można wykorzystać na pobliskiej rzece. Do tego pobliskie lasy zachęcają do grzybobrania.

Ritowisko
Ritowisko

Główny budynek jest drewniany, a obok niego wybudowany jest mniejszy, również drewniany, który można wynająć. Po wejściu do głównego budynku widzimy sporą salę biesiadną z kominkiem, a obok otwartą kuchnię. Sala jest bogato ozdobiona, co przykuwa uwagę. Znajduje się w niej wiele obrazów przedstawiających konie. Po sali biegają psy i koty, chyba że leżą na kominku. Stwarza to taki swojski klimat. Ciepły, rodzinny dom. W przedpokoju znajduje się kanapa z telewizorem i małą biblioteczką, a na ścianach znajduje się wiele obrazów z końmi, podobnie jak w sali biesiadnej.

Pokoje znajdują się nad salą biesiadną i kuchnią, więc do nich trzeba wejść na górę po schodach. Nasz pokój miał tradycyjny wygląd. Był bogato ozdobione, podobnie, jak pozostałe pomieszczenia. Oczywiście wraz z pokojem dostępna jest łazienka, której jedynym minusem było to, że długo trzeba było czekać na ciepłą wodę. Drugim minusem było słabe wyciszenie pokoju. W pokoju nie było czajnika elektrycznego, żeby sobie zagotować wodę, ale można było zejść do kuchni i skorzystać z dostępnego sprzętu oraz kawy, czy herbaty.

Przyjeżdżając do tego miejsca, poczuliśmy, jak spływa z nas stres, odchodzą codzienne zmartwienia. Od razu poczuliśmy się lepiej. Nie wiem, czy to zasługa świeżego powietrza, wystroju pomieszczeń, czy życzliwości gospodarzy i ich pracowników. A może odcięcie od cywilizacji, szum poruszających się drzew, czy odgłosy zwierząt spowodowały taki stan. Po prostu sielanka.

Wróćmy jednak do podróży. Z Ritowiska wyruszyliśmy do Supraśla, ale jechaliśmy inną drogą, ponieważ za Surażkowem skręciliśmy w prawo i przez Łaźnie dojechaliśmy do szosy w Kopnej Górze. Dzięki temu zobaczyliśmy dziką przyrodę, która otacza te rejony. Wsie, jak Surażkowo, które w 99% posiadają drewniane gospodarstwa, które wyglądają, jak żywy skansen wsi. Coś niesamowitego. Widać, że ludzie żyją tu zupełnie inaczej, w innym, wolniejszym tempie, w zgodzie z naturą.

Jadąc do Supraśla, zatrzymaliśmy się przy wykręconym pniu sosny. Powalona 350 letnia sosna znajduje się pod w Podsupraślu. Wybudowano dla niej zadaszenie, żeby uchronić ją trochę przed czynnikami atmosferycznymi. Pień jest ogromny i faktycznie skręcony, choć dokładnie nie wiadomo czemu.

W Supraślu zatrzymaliśmy się na parkingu przy Monasterze Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy i św. Jana Teologa, skąd zaczęliśmy zwiedzanie tego małego, ale urodziwego miasteczka. Monaster składa się z wielu pięknych budynków w tym cerkwi, co robi niesamowite wrażenie. Na jego terenie znajduje się Muzeum Ikon, którego nie udało się nam zwiedzić.

Klasztor Męski Zwiastowania NMP w Supraślu
Klasztor Męski Zwiastowania NMP w Supraślu

Przy parkingu znajdują się bulwary z różnymi rzeźbami przestrzennymi, a jedną z nich jest drogowskaz, który przypomina czaplę. Tutaj zauważyliśmy pierwsze oznaki wiosny – pąki na drzewach, co było dosyć dziwne, patrząc na to, że był początek lutego. Cały bulwar jest bardzo ładnym miejscem, gdzie poza spacerami można uprawiać różne sporty, np. siatkówkę, czy korzystać z siłowni w plenerze. Latem można się opalać nad rzeką Supraśl, czy zalewem Zajma. Być może można również się kąpać w tych akwenach, ponieważ nie widać zakazu kąpieli.

Drogowskaz w Supraślu
Drogowskaz w Supraślu
Przedwiośnie
Przedwiośnie

W Supraślu podobnie jak w innych okolicznych miejscowościach jest dużo drewnianych chatek. Wiele z nich jest zabytkowych. W większości są w bardzo dobrym stanie, o czym świadczą nagrody za zachowanie pierwotnego wizerunku i dobrej kondycji budynku.

Domy na ul. 3 Maja w Supraślu
Domy na ul. 3 Maja w Supraślu

Ciekawym budynkiem w Supraślu jest Pałac Buchholtzów, w którym obecnie znajduje się Liceum Plastyczne im. Artura Grottgera. Uczniom tej szkoły można pozazdrościć nauki w tak pięknym budynku.

Pałac Buchholtzów w Supraślu
Pałac Buchholtzów w Supraślu

Po drugiej stronie ulicy znajduje się restauracja Biesiada, do której wstąpiliśmy na małe co nieco. Żona zamówiła kawę z ciachem, a ja postanowiłem spróbować zupy Soljanki i napoju Wostok. Soljanka przypomina trochę Strogonowa i była bardzo smaczna. Na różnych stronach kulinarnych bez problemu można znaleźć przepis na tę zupę, więc kiedyś trzeba będzie ją przyrządzić. Wostok jest napojem lekko gazowanym, niby z leśną nutą, ale w smaku przypomina cytrynową herbatę w proszku, więc nie zrobił na mnie większego wrażenia. Spróbowałem żony szarlotki i kawy, które smakowały wyśmienicie. Zwiedzającym Supraśl polecam to miejsce.

Ze względu na to, że czas nas gonił, to pochodziliśmy jeszcze trochę po Supraślu i pojechaliśmy dalej. Następnym razem będziemy musieli więcej czasu tutaj spędzić i zobaczyć Muzeum Ikon, które jest polecane przez wiele osób.

Kościół Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w Supraślu
Kościół Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w Supraślu
Ratusz w Supraślu
Ratusz w Supraślu

Śpieszyliśmy się dlatego, że o 13 zaczynało się świętowanie zdobycia zamku w Tykocinie. O 13 miała odbyć się msza. Godzinę później pokaz na rynku, a o 15 inscenizacja szturmu na zamek. Do Tykocina przyjechaliśmy po 14, gdzie był problem z zaparkowaniem w okolicy rynku, więc pojechaliśmy od razu pod zamek. Zamek tylko obeszliśmy, ponieważ na dziedziniec niestety nie można było już wejść. Spowodowane to było tym, że na dziedzińcu miała odbywać się część inscenizacji. Na dziedziniec można było wejść dopiero po występie. W związku z tym musieliśmy chwilę poczekać na przyjście aktorów, ale dzięki temu mieliśmy w miarę dobre miejsca. W miarę, ponieważ najlepsze były już zajęte.

Zamek w Tykocinie
Zamek w Tykocinie

Inscenizacja odbyła się z wielkim rozmachem. Pełno wystrzałów z armat i pistoletów, czy granatów. Trochę dymu. Zacięte walki. Widowisko ciekawe, ale było kilka „niedoróbek”. Narrator, który przedstawiał kolejne elementy szturmy, czytał opis z kartki i chyba robił to pierwszy raz, co nie wyglądało profesjonalnie. Poza tym po wielu aktorach widać było, jak się dobrze bawią. Z jednej strony to dobrze, bo fajnie jest popatrzeć na szczęśliwych ludzi, którzy mają frajdę, robiąc takie pokazy, ale z drugiej strony zmniejszało realizm szturmu. Do tego jeszcze sceny typu zabili go i uciekł :-). Mimo niedociągnięć fajnie było popatrzeć na takie widowisko i dobrze, że są ludzie, którzy je organizują oraz w nim uczestniczą.

Inscenizacja szturmu na zamek w Tykocinie
Inscenizacja szturmu na zamek w Tykocinie

Po inscenizacji na zamku miał zacząć się pokaz średniowiecznych tańców. Wybrało się na niego dużo osób, więc ciężko by było cokolwiek zobaczyć, a poza tym czekała na nas obiadokolacja w Kiermusach, więc nie zostawaliśmy już w Tykocinie, tylko pojechaliśmy dalej.

Miałem nadzieję, że w Kiermusach zdążymy zobaczyć hodowlę żubrów, ale już się ściemniało, więc nie udało się tego zrobić. W związku z tym przeszliśmy się kawałek zobaczyć wieś i weszliśmy do karczmy Rzym na obiadokolację.

Karczma Rzym jest klimatycznym miejscem, które charakterem podobne jest do Karczmy Młyńskiej, którą odwiedziliśmy, będąc w Bydgoszczy. Jest to drewniana chata z bogatym wyposażeniem, gdzie na każdej ścianie i w każdym rogu znajduje się coś ciekawego. Są tam obrazy, stare zdjęcia, przedmioty domowego użycia, czy trofea różnych zwierząt. Nietypowe w niej jest to, że aktualnie podawane posiłki wypisane są na tablicy kredowej, znajdującej się nad barową ladą, ale również takie informacje przekazują kelnerzy.

Wchodząc do środka karczmy, okazało się, że został ostatni wolny stolik. Chyba czekał na nas 🙂 Wydaje mi się, że było to spowodowane tym, że dużo osób przyjechało z Tykocina. Do wolnego stolika zaprowadził nas kelner i od razu przedstawił trzy zestawy obiadowe. Niestety tak szybko mówił, że go nie zrozumieliśmy. Za drugim razem było lepiej, więc poprosiliśmy o chwilę zastanowienia się. Wcześniej nie widzieliśmy tablicy z menu, więc nie wiedzieliśmy, co w tego dnia można wybrać. Uzgodniliśmy z żoną, co zamówimy, o ile dobrze zrozumieliśmy, ale pojawiło się kolejne niestety. Kelner zapomniał o nas. Chyba był zapracowany lub miał ciężki dzień.

Po dłuższym czasie podszedł do nas inny kelner, którego dopytaliśmy się o dostępne dania i mniej więcej się zgadzało z tym, co mówił poprzednik, z tym że do wyboru już były tylko dwa dania, ponieważ do trzeciego skończyły się składniki, a akurat byłem nim zainteresowany. Chodziło o gulasz wołowy. W związku z tym poprosiliśmy o pieczony schab, a do picia herbatkę. Trzecim daniem była golonka. Po kilku minutach przyszedł kelner z dużymi porcjami.

Jedzenie było bardzo smaczne, spore porcje, a do tego w ładnej oprawie. Cena za obiad umiarkowana, jeżeli spojrzy się na samo, proste danie, ale z drugiej strony fajny klimat tego miejsca sprawia, że warto tutaj przyjechać, mimo mało profesjonalnej obsługi pierwszego kelnera.

Najedzeni powoli ruszyliśmy do Ritowiska, ponieważ czekała nas jazda na koniach. Dojechaliśmy chwilę po 19, więc szybko się przygotowaliśmy do jazdy i poszliśmy pod stajnie, gdzie już czekał na nas pan Cezary, jego pracownicy oraz konie. Po krótkim wytłumaczeniu, jak mamy obchodzić się z końmi, przy pomocy pana Czarka weszliśmy na siodła białych, pięknych klaczy. Pan Czarek wziął pochodnię i ruszyliśmy na konną wycieczkę po Puszczy Knyszyńskiej.
Podczas ponad godzinnej wycieczki objechaliśmy kawałek puszczy, jadąc leśnymi drogami oraz po polach, z dala od cywilizacji, dyskutując z panem Cezarym. Mieliśmy kilka sytuacji, kiedy zgasł płomień pochodni, ale z żaru udało się go wzniecić. Gdyby noc była gwiaździsta, to pewnie problemu by nie było, ale niestety niebo było zachmurzone, a do tego w okolicy same drzewa, więc było bardzo ciemno.

Konna jazda nocą
Konna jazda nocą

Niesamowicie zadowoleni wróciliśmy do Ritowiska, gdzie po odprowadzeniu koni do stajni pan Czarek oprowadził nas jeszcze po swoim gospodarstwie. Opowiadając różne historie związane z końmi i karetami, które posiada. Gdy wróciliśmy do pokoju, to napiliśmy się po lampce czerwonego wina, powspominaliśmy bardzo udany dzień i poszliśmy spać.

Następny dzień rozpoczęliśmy tak samo, jak poprzedni, czyli od pysznego śniadania. Następnie się spakowaliśmy, pożegnaliśmy i ruszyliśmy w dalszą podróż, kierując się w stronę domu. Pierwszym miejscem był Supraśl, gdzie kupiliśmy pamiątki. Z niego pojechaliśmy do Białegostoku zobaczyć Pałac Rüdigerów, który jak się okazało, był remontowany, więc chwilę popatrzyliśmy i pojechaliśmy dalej.

Pałac Rüdigerów w Białymstoku
Pałac Rüdigerów w Białymstoku

Z Białegostoku pojechaliśmy do Choroszczy zobaczyć Pałac Branickich. Sam pałac jest niewielki, ale zlokalizowany w fajnym miejscu i to na sztucznej wyspie. Dojść do niego można przez mostek. Pałac otoczony jest parkiem z kilkoma alejkami oraz budynkami gospodarczymi, jak wielka stajnia wraz z magazynem, która jest ładnie ozdobiona, ale zamknięta, więc nie można zobaczyć, co jest w środku.

Letni Pałac Branickich w Choroszczy
Letni Pałac Branickich w Choroszczy

W Choroszczy nasza podróż miała się zakończyć, ale ze względu na to, że będąc w Białymstoku, nie widziałem żywych żubrów, to wraz z żoną zdecydowaliśmy, że zjedziemy trochę z trasy i ponownie odwiedzimy Kiermusy. Po dojechaniu na miejsce wzdłuż drogi zaparkowanych było mnóstwo samochodów. Okazało się, że przy hodowli żubrów odbywał się właśnie kiermasz staroci. W sumie to już się kończył, ale nadal było niesamowicie dużo stoisk, między którymi przemieszczało się wielu klientów.

Żubr w Kiermusach
Żubr w Kiermusach

Przyjeżdżając tu, dopiąłem swego, zobaczyłem żubry w prawie naturalnym środowisku. Cała podróż była bardzo ciekawym przeżyciem, z chwilami, których długo nie zapomnimy – przede wszystkim konna jazda wierzchem w nocy w świetle pochodni. Poznaliśmy bardzo życzliwych ludzi. Zwiedziliśmy obszar Polski, w którym jeszcze nigdy nie byliśmy, a nie można go ominąć. Podlasie, a przynajmniej ta część, w której byliśmy, jest niesamowicie urokliwe, gdzie można odetchnąć pełną piersią, dobrze zjeść i szybko zregenerować organizm nie tylko fizycznie, ale i psychicznie.

Wyjazd na Podlasie bardzo się nam spodobał i mamy plan, aby wrócić w czerwcu lub lipcu, kiedy będzie ciepło. Jeszcze musimy to ustalić, ale chcielibyśmy jeszcze raz przejechać się na koniach oraz popływać na kajakach. Jak na razie mamy zaklepany dłuższy wyjazd na Dolny Śląsk, ale kolejny wyjazd na Podlasie w grafiku musimy wcisnąć wcześniej.

Mam nadzieję, że w tym roku wymyślimy jeszcze jakąś podróż poza tymi dwoma, o których wyżej wspomniałem. Może jesienią? Przejechałbym się jeszcze raz do Bydgoszczy, czy Torunia, ale również zwiedziłbym Płock, w którym byłem wielokrotnie, ale tylko służbowo. Lublin też mógłby być fajnym miejscem. Zobaczymy, co los przyniesie.

Oceń wpis
[Maks.: 10 Średnia: 5]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.