Strona główna > Z dala od klawiatury > Podróże > Wakacje z AutoMapą
Kategorie
Podróże

Wakacje z AutoMapą

Wraz z żoną uzgodniliśmy, że tegoroczne wakacje spędzimy w Bieszczadach, ale żeby uatrakcyjnić sobie podróż, to zahaczymy o kilka ciekawych miejsc, które będziemy mieli po drodze. Dzięki takiemu rozwiązaniu nie będziemy się męczyli długą podróżą, a przy okazji trochę pozwiedzamy. Więc zrobiliśmy tak, jak pomyśleliśmy. Trochę czasu zajęło zaplanowanie podróży wraz z noclegami po drodze, ale było warto.

Pierwszym etapem podróży było wyszukanie ciekawych miejsc i zaplanowanie ile czasu możemy poświęcić na ich zwiedzenie oraz jak długo będzie trwała podróż pomiędzy poszczególnymi miejscami. Oczywiście w planach było zwiedzanie połączone z relaksowaniem się, a nie bieganiem z punktu A do B tylko po to, aby oznaczyć dane miejsce jako „Tu byłem”. W końcu wakacje są od tego, aby odpocząć od codziennych obowiązków.

Kiedy ustaliliśmy miejsca, które zobaczymy, zaczęliśmy szukać noclegów. Noclegi wyszukiwaliśmy przy pomocy serwisu Booking.com, ale wspomagaliśmy się Miplo.pl, ponieważ na Booking.com w wielu przypadkach lokalizacja nie jest zgodna z rzeczywistością. Swoją drogą szkoda, że serwis Miplo nie udostępnia prostego mechanizmu rezerwacji noclegów. Oczywiście można dzwonić do pensjonatu, ale taka rezerwacja, jak w serwisie Booking.com jest wygodniejsza.

Po wybraniu ciekawych ofert zarezerwowaliśmy pokoje i dokończyliśmy tworzenie naszego planu wyjazdu. Pozostało tylko oczekiwanie na urlop.

Czas urlopu w końcu nadszedł, więc ruszyliśmy w podróż, na którą długo czekaliśmy. Żeby było łatwiej trafić do celu, zabraliśmy ze sobą AutoMapę zainstalowaną na iPhonie. AutoMapa poza możliwością nawigowania zawiera dużą bazę punktów użyteczności publicznej (POI), więc jest użyteczna przy wyszukiwaniu restauracji, czy atrakcji turystycznych, a iPhone-a łatwiej schować do kieszeni, niż typową nawigację.

Opatów
Opatów

W podróż wyruszyliśmy 1 sierpnia, a zwiedzanie zaczęliśmy od Opatowa i Podziemnej trasy turystycznej, która się w nim znajduje. Pomimo tego, że trasa jest dosyć krótka (ok. 500 m), to jej przejście po korytarzach wydrążonych na różnych poziomach z opowiadaniami przewodnika zajmuje godzinę. Warto się nią przejść, poznać jej historię, zobaczyć, jak ludzie kiedyś magazynowali różne towary i się chronili przed najeźdźcami.

Romańska kolegiata pw. św. Marcina (XII w.) w Opatowie
Romańska kolegiata pw. św. Marcina (XII w.) w Opatowie
Rynek w Opatowie
Rynek w Opatowie

W Opatowie zobaczyliśmy też romańską kolegiatę pw. Świętego Marcina z Tours z XII w., znajdującą się przy niej bramę Warszawską oraz Rynek. Opatów jest małą miejscowością, ale bardzo ciekawą z długą historią. W Opatowie polecam kupić krówki opatowskie, które dostępne są przy kolegiacie. Cukierki były chrupkie z zewnątrz i delikatnie rozpływające się w środku. Po prostu bomba!

Sandomierz
Sandomierz

Z Opatowa wyruszyliśmy do Sandomierza. Odległość pomiędzy tymi miejscowościami jest niewielka, więc długo nie musieliśmy jechać. Zwiedzanie Sandomierza zaczęliśmy od zakwaterowania się w pensjonacie Grill Solo, ponieważ tutaj chcieliśmy nocować przed wyjazdem do kolejnego punktu. Pensjonat położony jest w pobliżu Starego Miasta, więc wieczorem spokojnie można było się wybrać na starówkę na piwko. Pokój był dobrze wyposażony, cena za nocleg przystępna, lokalizacja bardzo dobra, więc polecam to miejsce. Minusem może być pobliska restauracja, ale ze względu na to, że w tym pensjonacie praktycznie tylko nocowaliśmy, to nam nie przeszkadzała. W szczególności, że gdy wróciliśmy to była już zamknięta.

Po zakwaterowaniu się poszliśmy zwiedzać Sandomierz. Zwiedzanie zaczęliśmy od parku, który znajduje się w pobliżu zamku królewskiego. W parku pośród drzew trochę odpoczęliśmy od upału, a przy okazji zjedliśmy prowiant, który sobie naszykowaliśmy w domu. Bezpośrednio z parku można wejść do Wąwozu Królowej Jadwigi. Będąc w Kazimierzu Dolnym, myśleliśmy, że wąwóz w Sandomierzu ma podobny charakter. Niestety się pomyliliśmy. Ledwie weszliśmy do wąwozu i już musieliśmy z niego wychodzić, ponieważ jest taki krótki. Wychodząc z wąwozu, trafiliśmy od razu na kościół św. Jakuba Apostoła. Akurat w kościele odbywał się ślub, więc zobaczyliśmy go z zewnątrz.

Wąwóz w Sandomierzu
Wąwóz w Sandomierzu

Z wąwozu, ulicą Staromiejską, doszliśmy do zamku królewskiego, z którego można podziwiać płynącą w pobliżu Wisłę. Przyjemne miejsce. Gdy wychodziliśmy z dziedzińca zamku, zauważyliśmy turystycznego Melex-a, który wyposażony był w bardzo interesującą reklamę o treści: Śladami ojca Mateusza. Oczywiście pojazd zapełniony był turystami.

Zamek królewski w Sandomierzu
Zamek królewski w Sandomierzu

Kolejnym punktem było zwiedzanie pięknego sandomierskiego rynku i trasy podziemnej. Rynek nie jest duży, ale warto zobaczyć znajdujące się przy nim kamienice, dom Długosza, czy Ratusz. Przy Starym Rynku znajduje się Podziemna trasa turystyczna, ale nie zwiedziliśmy jej, była długa kolejka po zakup biletów, a dodatkowo późna godzina, więc byśmy nie wyrobili się z czasem, żeby wejść. Pochodziliśmy trochę po starówce i poszliśmy posiedzieć nad Wisłą.

Dom Długosza w Sandomierzu
Dom Długosza w Sandomierzu

Podczas małego odpoczynku nad wodą wpadliśmy na świetny pomysł, żeby przepłynąć się statkiem turystycznym, bo zauważyliśmy, że niedaleko jest przystań, z której organizowane są rejsy. Poszliśmy kupić bilety na rejs, które tanie nie były i zaczęliśmy oczekiwać na ruszenie w trasę. Ta wycieczka okazała się stratą pieniędzy, ponieważ podczas 30. minutowego rejsu widzieliśmy tylko niewielką część Sandomierza, a pozostałe widoki nie były ciekawe. Bo, czy ciekawe jest oglądanie wędkarzy? Rozumiem, była susza, w Wiśle niski stan wody, ale takich rejsów nie powinni prowadzić, a jeżeli już, to przynajmniej za dużo niższą cenę. I jeszcze do tego wycieczka wypitych pracowników jakiegoś zakładu. Nic przyjemnego.

Stare Miasto w Sandomierzu
Stare Miasto w Sandomierzu

Znad Wisły spacerkiem wróciliśmy do pokoju, żeby przygotować się na wieczorne zwiedzanie Starego Miasta. Gdy po niedługim czasie zaczęło się ściemniać, wyszliśmy na nocną przechadzkę. Przeszliśmy się kamiennymi ulicami Starego Miasta i zasiedliśmy w ogródku piwnym restauracji Lapidarium pod Ratuszem. Zamówiliśmy Cydr Dobrzański oraz domowe frytki. Pierwszy raz piłem tak dobry cydr oraz jadłem takie smaczne i ciekawie przyrządzone frytki. Frytki były z ziemniaków w mundurkach, ale nie pokrojone w patyczki, jak to jest zwykle robione, a w formie ćwiartek (łódek). Bardzo smaczne i polecam ich skosztowanie, gdy ktoś będzie w Sandomierzu. Uwagę mam jedynie do chaotycznych kelnerów, których rzadko można było spotkać. Być może przy takiej ilości klientów i małej obsadzie nie byli w stanie sprawnie obsłużyć wszystkich. Mimo wszystko jest to świetne miejsce na spędzenie wieczoru.

Ratusz w Sandomierzu
Ratusz w Sandomierzu

Wieczór był bardzo miły, ale musieliśmy wracać do pensjonatu, bo rano trzeba było wstawać. Czekała na nas dalsza podróż do kolejnych zakątków naszego pięknego kraju.

Baranów Sandomierski
Baranów Sandomierski

Następnego dnia wybraliśmy się do Baranowa Sandomierskiego. Miejscowość położona jest niedaleko Tarnobrzega. W Baranowie Sandomierskim znajduje się zamek, zwany Małym Wawelem, który otoczony jest parkiem. Polecam wyprawę do tego miejsca, ponieważ zamek wygląda niesamowicie. Widać, że dużo pracy zostało włożone na jego odrestaurowanie. Znajduje się w nim ciekawa ekspozycja, a poza tym miło spędzić czas w parku, który go otacza.

Zamek w Baranowie Sandomierskim
Zamek w Baranowie Sandomierskim
Rynek w Baranowie Sandomierskim
Rynek w Baranowie Sandomierskim

Kolejnym punktem wycieczki był Park Etnograficzny w Kolbuszowej, do którego wyruszyliśmy, ale wyjeżdżając z zamku w Baranowie Sandomierskim, minęliśmy rynek, który przykuł naszą uwagę dużym sercem, który się na nim znajduje. Zatrzymaliśmy się i przeszliśmy zobaczyć, co to jest. Obiekt, który nas zainteresował, to Serce Lasowiackie, z którym związana jest miłosna legenda o Marysi i Antku. Legenda wygrawerowana jest na płycie umieszczonej w podmurówce serca.

Kolbuszowa
Kolbuszowa

Dojeżdżając do Parku Etnograficznego, natknęliśmy się na tłum ludzi. Znaleźliśmy jakieś miejsce parkingowe, jedno z ostatnich na dostępnym parkingu i poszliśmy zwiedzać. Okazało się, że tego dnia poza normalnie dostępną ekspozycją odbywały się pokazy jeździeckie, więc można było oglądać konie, zobaczyć konkursy na najładniejszą klacz, a dzieci mogły pojeździć na kucykach, do których była bardzo duża kolejka. W kilku miejscach Parku były punkty, gdzie można było kupić regionalne wyroby, typu miód, rzeźby i zabawki drewniane, czy obrazy. Było również miejsce z lokalnym jedzeniem.

Park Etnograficzny w Kolbuszowej
Park Etnograficzny w Kolbuszowej

Park Etnograficzny w Kolbuszowej to duży teren, na którym znajduje się wiele starych obiektów do zwiedzania, takich jak kościół, młyny, całe gospodarstwa, czy szkoła i karczma. Najlepiej wybrać się do tego miejsca poświęcając cały dzień na zwiedzanie. My mieliśmy kilka godzin, które nie umożliwiły zobaczenie wszystkiego, co w tym Parku jest dostępne, a szkoda. Niestety dużym minusem zwiedzania było brak możliwości wejścia do środka obiektów, jak jest w Tokarni. Większość była zamknięta, więc wszyscy zwiedzający podglądali przez okna lub szpary w ścianach, co jest w środku. Trochę śmiesznie to wyglądało, ale sprawiało fajny klimat. Być może zamknięcie obiektów spowodowane było tym, że personel obsługiwał zawody jeździeckie. Nie wiem, jak jest na co dzień. Kiedyś trzeba się będzie jeszcze raz tam wybrać.

Rzeszów
Rzeszów

Po miłym spędzeniu czasu w Kolbuszowej musieliśmy jechać dalej. Wyruszyliśmy do Rzeszowa, gdzie mieliśmy zarezerwowany kolejny nocleg, a poza tym chcieliśmy zwiedzić jego Stary Rynek. Początkowo chcieliśmy również zwiedzić trasę podziemną, ale ze względu na to, że dłużej nam się zeszło w Kolbuszowej, to byśmy nie zdążyli tego zrobić.

Zwiedzanie Rzeszowa zaczęliśmy od zakwaterowania się w hostelu Wiarus, do którego mieliśmy problem z trafieniem. Ulica (3 Maja), przy której położony jest hostel to deptak, czyli droga wyłączona z ruchu. Więc zaparkowałem tam, gdzie zakazu wjazdu nie było, a dokładnie na ul. Fircowskiego i zacząłem szukać wejścia do tego obiektu. Po kilkuminutowym poszukiwaniu okazało się, że wejście do recepcji możliwe jest z ul. Fircowskiego, od strony podwórka, do którego można się dostać poprzez bramę pomiędzy budynkami o numerach 3 i 5. Trochę to zagmatwane, ale trafiliśmy.

W opisie hostelu była informacja, że dostępny jest parking dla klientów, więc wróciłem po samochód i zaparkowałem na podwórku, przez które przechodziliśmy do recepcji. I tu zaczął się kolejny problem, ponieważ w recepcji nikogo nie było. Dzwonek był dostępny, więc po kilkunastokrotnym dzwonieniu i kilkunastu minutach w końcu pojawił się Pan, który zarządza hostelem. Uff. Zaprowadził nas do pokoju i zostawił klucze. Mogliśmy chwilę odsapnąć i przyszykować się do zwiedzania miasta.

Hostel jak to hostel, miejsce gdzie można się przespać za niewygórowaną cenę. Podobnie jest z hostelem Wiarus. Cena przystępna, lokalizacja bardzo dobra, ponieważ obiekt znajduje się przy Starym Rynku, natomiast odstraszył nas zasyfiony czajnik elektryczny, który trzeba było trochę ogarnąć. Poza tym z pokojem obok mieliśmy wspólną łazienkę, ale na szczęście nikogo w nim nie było.

Ogarnęliśmy się trochę i poszliśmy zwiedzać miasto oraz coś zjeść. Ludzi poruszających się staromiejskim deptakiem było dużo, a jeszcze więcej na Rynku, który otoczony był ogródkami piwnymi. Jest wiele takich miejsc, ale w Rzeszowie, jakoś jest inaczej, ludzie są spokojniejsi, jest ciszej, a czas płynie wolniej. Stwarza to fajny klimat. Poza tym samo Stare Miasto jest bardzo ładne i utrzymywane w nienagannym stanie, dlatego warto tu przyjeżdżać.

W Rzeszowie chcieliśmy też zrobić małe zakupy na następny dzień, więc wybraliśmy się do Galerii Rzeszów, bo tak w niedzielę po 19 na pewno była jeszcze otwarta. Idąc po zakupu, trafiliśmy na ciekawy park, który znajduje się przy Sanktuarium Matki Bożej Rzeszowskiej. Park nazywa się Ogrody Bernardyńskie i jest miejscem, które warto zobaczyć oraz poświęcić mu chwilę. W parku znajdują się pergole, które otoczone są wodą, więc warto przysiąść i w środku miasta posłuchać szumu wody, który uspokaja i odpręża.

Pomiędzy Ogrodami Bernardyńskimi a Galerią Rzeszów znajduje się Pomnik Czynu Rewolucyjnego. Swoim wyglądem i historią wzbudza wiele kontrowersji. Obecnie wygląda, jakby był zapomniany, ponieważ przypomina lęgowisko dla gołębi. Cały jest w odchodach, a od nich unosi się niesamowity fetor.

Po zrobieniu zakupów poszliśmy zostawić je w hostelu, aby spokojnie pochodzić po Starym Mieście. Już się ściemniało. Poszliśmy w stronę zamku, ale w pewnym momencie usłyszeliśmy radosne okrzyki dzieci, więc postanowiliśmy iść w ich stronę, bo pewnie się coś tam dzieje ciekawego. I tak było. Doszliśmy do Fontanny multimedialnej, miejsca, które będąc w Rzeszowie, w ciepłe, letnie dni należy odwiedzić, w szczególności, gdy się ściemni. Pokaz świateł i wody robi niesamowite wrażenie, a do tego biegające między strumieniami rozbawione dzieciaki, a często za nimi rodzice próbujące je dogonić. Świetny widok, a czas spędzony tam, pomimo krzyków, sprawia, że się odpoczywa.

Zamek w Rzeszowie
Zamek w Rzeszowie

Mimo tego, że pokaz wciąż trwał, stwierdziliśmy, że idziemy dalej, ponieważ następnego dnia czekała nas długa podróż i wiele miejsc do zwiedzenia, a jeszcze chcieliśmy posiedzieć na Rynku. W związku z tym obeszliśmy rzeszowski zamek i deptakiem zaczęliśmy kierować się w stronę Rynku. Dzięki temu, że wieczorem był mniejszy ruch, to zobaczyliśmy pomnik Tadeusza Nalepy. Pochodziliśmy trochę po Starym Mieście i usiedliśmy w jednym z wielu ogródków piwnych. Co zamówiliśmy? Oczywiście cydr, ale ten nie był tak dobry, jak Dobrzański w Sandomierzu.

W poniedziałek wstaliśmy rano, spakowaliśmy się, wrzuciliśmy torby do samochodu i poszliśmy się jeszcze przejść po Rynku. Po drodze tak na śniadanie, w kawiarni Niebieskie Migdały kupiliśmy lody własnej produkcji. Polecam, ponieważ były bardzo smaczne. Po krótkim spacerze wróciliśmy do samochodu i wyruszyliśmy zwiedzać kolejne miejsca.

Łańcut
Łańcut

Pierwszym punktem do zwiedzania tego dnia był Zamek Lubomirskich i Potockich w Łańcucie. Łańcut położony jest niedaleko Rzeszowa, więc szybko do niego dojechaliśmy. Zamek, wraz z otaczającym go parkiem, jest kolejnym miejscem, które, żeby na spokojnie zwiedzić, należy poświęcić kilka godzin, a najlepiej cały dzień. My niestety tyle czasu nie mieliśmy, a poza tym zwiedzanie zamku było niemożliwe tego dnia, ponieważ w poniedziałki muzea zazwyczaj są zamknięte i tak też było z tym zamkiem. Obeszliśmy tylko olbrzymi park, a zamek zobaczyliśmy tylko z zewnątrz i po ponad dwóch godzinach wróciliśmy do samochodu, aby ruszyć w dalszą podróż.

Sanok
Sanok

Drugim punktem tego dnia był Sanok, który przywitał nas dużym korkiem, którego za bardzo nie było jak objechać. Zatrzymaliśmy się na parkingu przy Zamku Królewskim, od którego zaczęliśmy zwiedzanie Sanoka. Świeżo odrestaurowany Zamek jest mały, więc szybko zleciało jego obejście. Poszliśmy pochodzić po starej części Sanoka, a przede wszystkim po niewielkim Rynku, który nie był tak obstawiony ogródkami piwnymi, jak Rzeszowski Rynek, było podobnie, jak w Sandomierzu, ale zdecydowanie mniej ludzi. Być może dlatego, że dopiero było południe.

Chodząc ulicami starej części Sanoka, widać było, że dużo czasu i pracy zostało włożone w odnowienie kamienic, czy alejek, ponieważ wyglądały bardzo ładnie. Podobnie było w Sandomierzu. Natomiast w Rzeszowie odnowione były tylko te części, którymi poruszali się turyści, te za kamienicami, jak hostel, w którym nocowaliśmy, tak nie wyglądały.

W centrum miasta znajduje się Góra Parkowa. Ciekawe miejsce na spacer z dwoma tarasami widokowymi. Pierwszy z nich znajduje się bliżej Rynku, jest starszą budowlą, wygląda jak kopiec pośrodku góry, ale niestety nic z niego nie widać, poza otaczającymi drzewami. Drugi taras jest trochę dalej, ale z niego również nie ma ciekawych widoków. Widać, że jest miejscem spotkań nastolatków, bo znajduje się w ustronnym miejscu.

W Sanoku spędziliśmy jeszcze trochę czasu. Pospacerowaliśmy po mieście, zobaczyliśmy Plac św. Jana i posiedzieliśmy na Rynku, popijając kawę i jedząc lody.

Myczkowce
Myczkowce

Kolejnym punktem podróży miała być tama w Solinie, ale zahaczyliśmy o jeszcze jedno, nieplanowane miejsce. Była nim zapora wodna w Myczkowcach. Tama nie jest tak duża, jak w Solinie, ale warto ją zobaczyć, ponieważ rozciągają się z niej piękne widoki, a do tego nie odwiedza jej tylu turystów, ilu jest w Solinie.

Tama w Myczkowcach
Tama w Myczkowcach
Solina
Solina

Z tamy w Myczkowcach pojechaliśmy na tamę w Solinie. Zatrzymaliśmy się od strony Soliny. Żeby wejść na tamę, trzeba było przeciskać się pomiędzy osobami, które chodziły w jedną i drugą stronę, a do tego przystawały przy licznych budach z upominkami, czy „regionalnymi” produktami. Tama przykuwa uwagę swoim rozmiarem i widokiem od strony sztucznego jeziora. Widok otoczonego górami jeziora jest piękny. Natomiast po drugiej stronie nie jest tak ciekawie, chyba że spojrzy się w dół tamy i zobaczy, jak jest wysoka.

Po drugiej stronie przejścia przez tamę jest „cyrk na kółkach”. Odwieczny festyn. Same budy z jedzeniem, upominkami i atrakcjami dla dzieci, z których poza wrzaskami roznosi się głośna muzyka. Odeszliśmy trochę dalej, żeby w jak najmniejszym stopniu w tym uczestniczyć. Ze względu na upał, jaki wtedy panował, weszliśmy do wody, żeby trochę się ochłodzić. Taka ulga długo nie trwała, ponieważ zaraz zaczęły wyłaniać się ciemne chmury. Zaczęliśmy szukać, jakiegoś fajnego miejsca na przeczekanie burzy, a zarazem takiego, gdzie w spokoju można zjeść coś dobrego. Takim miejscem był punkt gastronomiczny Abramówka. Widać, że to sezonowe miejsce, ale bardzo dobrze przygotowane, a jedzenie w nim dostępne było bardzo smaczne. Polecam!

Gdy burza się skończyła, a my posililiśmy się, to zaczęliśmy powoli wracać do samochodu, do którego mieliśmy niezły kawałek drogi. Po dojściu do samochodu ruszyliśmy do ostatniego punktu tego dnia. Miejsca, gdzie na najbliższe kilka dni mieliśmy zarezerwowany nocleg. Tym miejscem był pensjonat Chata Nad Rzeką w Wetlinie.

Wetlina
Wetlina

Do pensjonatu dojechaliśmy, jak było już ciemno. W związku z tym zakwaterowaliśmy się, przynieśliśmy do pokoju swoje rzeczy i przygotowaliśmy się na następny dzień, który również mieliśmy wcześniej zaplanowany.

Pensjonat Chata Nad Rzeką położony jest pośrodku Wetliny. Jest to dom położony nad rzeką Wetliną. Niestety do rzeki nie ma dojścia, a przynajmniej go nie znalazłem. Na terenie pensjonatu znajduje się plac zabaw dla dzieci, czy altanka, w której można posiedzieć wieczorami. Można również zrobić grilla. Pokój, który otrzymaliśmy, znajdował się na pierwszym piętrze, zaraz przy schodach, a do tego przy samych drzwiach mieliśmy kuchnię. Drzwi były słabo wyciszone, więc słyszeliśmy każdego, kto wchodził na górę, czy schodził. Niektórzy w nocy potrafili robić sobie jedzenie, więc nie tylko słyszeliśmy, jak to robią, ale również czuliśmy zapachy tych potraw. No cóż, najważniejsze było to, że mieliśmy gdzie spać, umyć się i coś zjeść.

Majdan
Majdan

Następny dzień rozpoczęliśmy od wyprawy do Majdanu, w którym znajduje się główna stacja Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej oraz skansen starych pojazdów szynowych. Pierwszy kurs rozpoczynał się o godzinie 10., a my byliśmy przed 9. i już staliśmy w korku na parking. W związku z tym wysłałem żonę, żeby szybko zajęła kolejkę do kasy, a ja zająłem się zaparkowaniem samochodu. Gdy doszedłem do żony, to jeszcze wiele ludzi przed nią stało, a za nami tylko ich liczba się powiększała. Chwilę przed odjazdem, ze względu na dużą ilość zainteresowanych, przez głośniki została ogłoszona informacja o dodatkowym kursie w kierunku Balnicy. My ruszaliśmy do Przysłupa.

Stacja kolejki wąskotorowej w Majdanie
Stacja kolejki wąskotorowej w Majdanie

Zgodnie z rozkładem ruszyliśmy kolejką w stronie Przysłupa, ostatniego przystanku dostępnego na linii na turystów. Podróż zapowiadała się ciekawie, ale nie do końca tak było. Duża część trasy to sam las, przez który nic nie widać, ale czasami były fajne widoki na góry. W miejscowości Przysłup zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę, aby maszynista mógł zmienić położenie lokomotywy tak, żebyśmy mogli wrócić do Majdanu. W międzyczasie przeszliśmy się nad pobliską wędzarnię pstrągów, w której zakupiliśmy świeżo uwędzoną rybkę. Palce lizać!

Powrót kolejką nie był już taki ciekawy, ponieważ większość rzeczy widzieliśmy, jadąc w stronę Przysłupa. Po pozostałych osobach również było widać brak zainteresowania podróżą. Taka podróż na pewno byłaby dużo ciekawsza, gdyby w wagonach były takie osoby, jak flisacy na tratwach, gdy się spływa Dunajcem, czyli ktoś, kto w zabawny sposób opowiada różne historie związane z kolejką, czy tutejszymi górami.

Po powrocie do Majdanu okazało się, że turyści cały czas zjeżdżali się na stację, więc zostały zorganizowane kolejne kursy. My ruszyliśmy zwiedzić Cisną, a następnie Wetlinę. Ten dzień miał być spokojny, przygotowujący do chodzenia po górach. Po przyjeździe do Wetliny trochę po niej pochodziliśmy i ruszyliśmy w kierunku najbliższego szczytu, którym jest Jawornik. Wejście zajmuje trochę ponad godzinę, więc to dobry trening przed dłuższymi szlakami. Niestety szlaku w AutoMapie nie ma, a ja sam zapomniałem go zapisać. Tego błędu nie popełniłem podczas następnych wypraw. Po wejściu na szczyt zauważyliśmy, że w naszą stronę zaczęła kierować się burza, więc szybko zaczęliśmy schodzić z drugiej strony Wetliny. Burza przeszła bokiem, więc pospacerowaliśmy po okolicy i wróciliśmy do pensjonatu.

Środa była ciężkim dniem. Z pensjonatu poszliśmy w kierunku kempingu Górna Wetlinka, gdzie rozpoczynał się czarny szlak w stronę schroniska Chatka Puchatka. Nie jest to trudny szlak, a do tego spotkaliśmy na nim tylko kilku turystów, więc myśleliśmy, że cała podróż taka będzie. Niestety zmieniło się to, po dotarciu do węzła, gdzie łączył się czarny szlak z żółtym. Tym drugim szło kilka grup szkolnych. Najśmieszniejsze było to, że opiekunowie na marudzenie swoich podopiecznych odpowiadali, że po wejściu do schroniska będą mogli kupić sobie lody.

Widok z Połoniny Wetlińskiej na Połoninę Caryńską
Widok z Połoniny Wetlińskiej na Połoninę Caryńską

Ze względu na to, że zbliżało się już południe, to po wyjściu z lasu na polanę ciężko było iść w ten upał. Przed dotarciem do Chatki Puchatka w naszą stronę z zachodu zaczęły kierować się ciemne chmury. My mieliśmy iść w tamtą stronę, aby przejść przez Połoninę Wetlińską i Przełęcz Mieczysława Orłowicza. Zatrzymaliśmy się w schronisku, aby przeczekać burzę, trochę odpocząć i skorzystać z asortymentu sklepiku. Po wejściu do schroniska okazało się, że nie ma lodówki, więc dzieciaki, które miały obiecane lody po wejściu na górę były niezadowolone. My również mieliśmy na nie ochotę, więc też się trochę zawiedliśmy.

Widok z Połoniny Wetlińskiej na Chatkę Puchatka
Widok z Połoniny Wetlińskiej na Chatkę Puchatka

Burza przeszła bokiem. Do nas dotarł tylko niewielki deszcz. W związku z tym ruszyliśmy dalej, ale niestety w połowie drogi okazało się, że w naszą stronę idzie kolejna burza. No nie, drugi dzień w górach i drugi dzień spotyka nas burza. Na szczęście ta również przeszła bokiem. Dopadł nas tylko deszcz.

Widok z Połoniny Wetlińskiej na Dział
Widok z Połoniny Wetlińskiej na Dział

Widoki z Połoniny Wetlińskiej są bardzo ładne. Mimo tego, że nie było pięknej pogody, gdy szliśmy Połoniną, to i tak było widać dużo ciekawych miejsc. Plusem było to, że większość turystów została w schronisku lub zeszła ze szlaku, więc nie było tłocznie.

Przełęcz Mieczysława Orłowicza, do której dotarliśmy, jest miejscem, gdzie krzyżują się różne szlaki. Od południa jest szlak bezpośrednio z Wetliny. Patrząc na zachód, jest szlak w stronę szczytu Smerek i wsi Smerek. Od północy jest szlak łączący Przełęcz M. Orłowicza ze schroniskiem przy nieistniejącej już wsi Jaworzec oraz wsią Suche Rzeki. Natomiast od wschodu jest szlak od schroniska Chatka Puchatka, czyli ten, którym szliśmy przez Połoninę Wetlińską.

Widok z Połoniny Wetlińskiej na Smerek
Widok z Połoniny Wetlińskiej na Smerek

Z Przełęczy Orłowicza poszliśmy na Smerek, ale po dotarciu do niego szybko zaczęliśmy schodzić w kierunku wsi Smerek, ponieważ cały czas padało i było słychać grzmoty. Po jakimś czasie się uspokoiło, ale zejście nie było łatwe, ponieważ ciężko było schodzić po błocie, a w szczególności mokrej glinie. Po zejściu do wsi Smerek czekał na nas spacer do pensjonatu w Wetlinie. Po drodze zatrzymaliśmy się nad Wetlinką, gdzie przemyliśmy buty i trochę odetchnęliśmy. Do pensjonatu dotarliśmy przed zachodem słońca. To był trudny dzień, ale udany.

W czwartek czekała nas dłuższa droga. Wybraliśmy się na Wielką Rawkę. Najpierw z pensjonatu drogą asfaltową doszliśmy do wejścia na zielony szlak, który znajduje się pomiędzy Wetliną a kempingiem Górna Wetlinka. Szlak, który wiedzie przez Dział, jest bardzo prosty do przejścia, choć długi. Gdy się wejdzie na to górskie pasmo, to idzie się nim praktycznie bez większych zmian poziomu.

Widok z Działu na borówkę
Widok z Działu na borówkę

Z jednej strony pasma bardzo ładne są widoki na Połoninę Wetlińską i Połoninę Caryńską a z drugiej na pasmo graniczne. W początkowej fazie szlak prowadzi przez las, ale później przez ogromne polany, na których rośnie mnóstwo jagód i malin. Te polany przerywane są niewielkimi lasami, gdzie można odetchnąć od upału. Plusem pasma Dział jest to, że jest prosty do przejścia, a do tego nie ma na nim tylu turystów, ilu jest na Połoninie Wetlińskiej. Turyści pojawili się dopiero po dotarciu do szczytu Mała Rawka.

Widok z Działu na Połoninę Wetlińską
Widok z Działu na Połoninę Wetlińską
Widok z Działu na słowackie Bieszczady
Widok z Działu na słowackie Bieszczady

Ze szczytu Mała Rawka czekała nas kilkunastominutowa przechadzka do szczytu Wielka Rawka, na którym zrobiliśmy dłuższą przerwę. Ze szczytu Wielka Rawka rozciągają się piękne widoki na położone niżej pasma górskie, a do tego jest miejscem, z którego widać pasma na Ukrainie i Słowacji. Bardzo fajne miejsce, do którego każdy turysta powinien dotrzeć.

Widok z Wielkiej Rawki na Połoninę Caryńską
Widok z Wielkiej Rawki na Połoninę Caryńską

Początkowo miałem ochotę wrócić do pensjonatu przez pasmo graniczne i Rabią Skałę, ale ze względu na to, że znowu zaczęły robić się ciemne chmury, to stwierdziliśmy, że zejdziemy do Ustrzyk Górnych, bo tam będzie najszybciej. I tak zrobiliśmy. Wybraliśmy się niebieskim szlakiem w dół, ale początkowo zejście nie było łatwe, ponieważ jest strome i po skałach. Kawałek przed zejściem zaczęło już grzmieć, więc musieliśmy się trochę pośpieszyć.

Po zejściu na dół dotarliśmy do szosy, którą poszliśmy w kierunku Ustrzyk Górnych. Gdy byliśmy na wysokości baru Kremenaros, weszliśmy do niego, a zaraz po wejściu pojawiła się ściana deszczu za nami. Uff, zdążyliśmy.

Chwilę posiedzieliśmy w tym barze. Zjedliśmy dobre ciacho i napiliśmy się zimnego piwka. Po odpoczynku i burzy wyszli pochodzić trochę po Ustrzykach Górnych. Myślałem o tym,  żeby do Wetliny wrócić przez Połoninę Caryńską, ale ze względu na to, że było już późno i mokro, to ciężko by było to zrobić, więc do pensjonatu wróciliśmy busem.

Polańczyk
Polańczyk

Piątek był luźniejszym dniem. Tego dnia zmienialiśmy nocleg, więc zbytnio nie mogliśmy wybrać się w góry. Postanowiliśmy trochę odpocząć nad wodą. Rano spakowaliśmy się i pojechaliśmy do Polańczyka nad jezioro Solińskie.

Jezioro Solińskie w Polańczyku
Jezioro Solińskie w Polańczyku

W Polańczyku popływaliśmy sobie na rowerku wodnym, który wypożyczyliśmy w Ośrodku Wypoczynkowym Zjawa. Trafił się nam trochę uszkodzony egzemplarz, ponieważ na pedałach był duży luz, przez co ciężko się pedałowało, a poza tym był piskliwy dźwięk, więc dużo ludzi zwracało na nas uwagę.

Godzinka pływania szybko minęła. Oddaliśmy rower i poszliśmy posiedzieć nad wodą. Wokół jeziora było prawie tyle ludzi, co w tym roku nad Bałtykiem, ale nie ma co się dziwić, termometry pokazywały ponad 30ºC w cieniu.Znaleźliśmy miejscówkę i zaczął się „smażing” na „plażing”, a do tego kąpiele w jeziorze, które oficjalnie są zabronione. Nawet po jakimś czasie podpłynęli ratownicy i przez megafon poprosili o pływanie blisko brzegu.

Podczas leżenia na plaży usłyszałem krzyk dzieci i piłkę, która kierowała się w stronę jeziora. Dzieciom, które były na wzniesieniu wypadła z rąk piłka i wpadła do wody. Zrobiło się im smutno, więc bez zastanowienia poleciałem po tę piłkę. Problem był taki, że wpadła pomiędzy łódki, ale udało się ją szybko wyciągnąć. Pozdrawiam dzieciaki, których mina po oddaniu piłki była bezcenna.

Leżąc sobie spokojnie nad jeziorem Solińskim, zauważyliśmy coraz gęstsze i ciemniejsze chmury. Zebraliśmy i zaczęliśmy spacerować po Polańczyku. Długo ten spacer nie potrwał, ponieważ zaczęło grzmieć. Poszliśmy szybko do samochodu i zaczęliśmy jechać do hotelu, w którym czekały nas dwie kolejne noce, a wieczorem kolacja przy świecach i winie. Po drodze złapała nas burza, ale po dojechaniu na miejsce było już spokojnie.

Smerek
Smerek

Miejscem, w którym zarezerwowane mieliśmy kolejne dwie doby, był hotel CARPATIA, który znajduje się w miejscowości Smerek, więc niedaleko od poprzedniego pensjonatu. Nie jest to tani hotel, ale warty swojej ceny. Miła obsługa, bardzo dobrze urządzone i komfortowe pokoje, a do tego sauna, jacuzzi, jaskinia solna, poza tym bardzo smaczne jedzenie. Na terenie hotelu znajduje się miejsce do odpoczynku, gdzie wśród zieleni jest kilka huśtawek, ławki, czy palenisko otoczone krzesłami. Polecam to miejsce, bo mimo ceny warto tu przenocować i zaznać trochę luksusu.

Następnego dnia wybraliśmy się w ostatnią podróż po górach. Przez Kalnicę poszliśmy w kierunku nieistniejącej miejscowości Jaworzec. Przed tą miejscowością weszliśmy na czarny szlak, który prowadził do Przełęczy M. Orłowicza przez szczyt Krysowa. Był to pierwszy szlak, na którym praktycznie nie spotkaliśmy turystów, bo pierwszych widzieliśmy przy schronisku w Jaworcu, a kolejnych dopiero przed Przełęczą M. Orłowicza. Przez cały szlak szliśmy sami, ale nie ma co się dziwić, bo przez deszcz, który padał poprzedniego dnia, ciężko było go przejść. Było pełno wody i błota, a w wielu miejscach musiałem układać gałęzie, aby nie utknąć w błocie. Mimo wszystko warto się nim przejść, bo przed Przełęczą Mieczysława Orłowicza są bardzo ładne widoki na góry, a sam szlak nie jest trudny do przejścia, chyba że spadnie deszcz.

Widok na Połoninę Wetlińską spod szczytu Smerek
Widok na Połoninę Wetlińską spod szczytu Smerek

W miejscu odpoczynku na Przełęczy M. Orłowicza zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby pobyć jeszcze chwilę w górach, a przy okazji posłuchaliśmy sobie, jak grupa harcerzy odpoczywa i śpiewa. Poza tym był to pierwszy dzień w górach, kiedy nie padał deszcz, więc warto było z tego skorzystać.

Z Przełęczy M. Orłowicza żółtym szlakiem zeszliśmy bezpośrednio do Wetliny. Ten szlak jest prosty do przejścia, ale i zatłoczony. Gdy zeszliśmy, po drodze do Smeraka zatrzymaliśmy się nad Wetinką, żeby trochę ochłodzić się i odpocząć od upału, a przede wszystkim umyć buty z błota. Po czym wróciliśmy do hotelu, aby przygotować się na następny dzień i z piwkiem posiedzieć na huśtawce przy hotelu.

Zachód słońca w Smereku
Zachód słońca w Smereku

W niedzielę nie wstaliśmy jakoś wcześnie, bo nie mieliśmy ciśnienia, aby się śpieszyć, w szczególności, że tego dnia nie wracaliśmy do domu, a mieliśmy zarezerwowany nocleg w kolejnym pensjonacie, ale już poza Bieszczadami. W związku z tym po śniadaniu na świeżym powietrzu, w otoczeniu gór, spakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w dalszą podróż.

Najpierw zajechaliśmy do Wetliny po owcze serki, które świeżo uwędzone można kupić bezpośrednio w bacówce. Po zawróceniu, w miejscowości Krzywe trafiliśmy na kozie sery, w które również się zaopatrzyliśmy.

Bacówka w Wetlinie
Bacówka w Wetlinie

Upał tego dnia był niesamowity. W okolicy miejscowości Nisko, termometr w samochodzie wskazał 40°C. Przejeżdżaliśmy wtedy przez las, więc był cień. Przed Janowem Lubelskim zatrzymaliśmy się na leśnym parkingu, gdzie chcieliśmy chwilę odsapnąć i coś zjeść. Po otworzeniu drzwi samochodu duchota nas zatkała. Akurat w miejscu, gdzie się zatrzymaliśmy, miłe panie sprzedawały Jagody. Za ostatnie pieniądze, które mieliśmy, kupiliśmy owoce i pojechaliśmy dalej.

Kazimierz Dolny
Kazimierz Dolny

Po kilkugodzinnej podróży dojechaliśmy do następnego miejsca. Był nim Kazimierz Dolny, gdzie zarezerwowany mieliśmy pokój w ośrodku Kwaskowa. Ośrodek położony jest w pobliżu Kazimierskiego Parku Krajobrazowego na Kwaskowej Górze. Dojazd do ośrodka poprowadzony jest wąwozem pod górę, gdzie według właściciela nie wszyscy kierowcy są w stanie podjechać. Na terenie ośrodka poza parkingiem dla gości znajdują się miejsca, gdzie goście mogą spędzić wolny czas wieczorem, np. palenisko otoczone ławkami.

Budynek wygląda, jak willa, ale niestety jest zaniedbany. Lepiej wygląda na zewnątrz niż w środku, gdzie wystrój przypomina hotele z lat 80. i 90 XX wieku. WiFi, które dostępne jest w ośrodku, a poza tym reklamowane w ofercie, niestety nie działało. Pokój był bez jakiejkolwiek wentylacji, a przy takim upale, jaki wtedy panował, to spać trzeba było przy otwartym oknie. Tu pojawił się kolejny problem, imprezujący do rana goście hotelowi. Noc mieliśmy nieprzespaną. Innym problemem jest to, że łazienka jest wspólna, ale dzielona chyba na 8 pokoi, więc dostać się do niej było trudno, w szczególności rano. Na korytarzu znajduje się również kuchnia z elektrycznym czajnikiem, ale nie ma zlewu i baterii, więc żeby skorzystać z wody, trzeba poczekać w kolejce do łazienki. Dużym plusem jest uprzejmy właściciel, który powinien znaleźć sposób na poprawienie powyższych niedogodności, bo samo miejsce jest bardzo ciekawe.

Po zakwaterowaniu się wyszliśmy zwiedzać Kazimierz Dolny. Z wniesienia, na którym umiejscowiony jest ośrodek, na dół zeszliśmy dodatkowymi schodami, które w nocy są oświetlone. Fajnie to wygląda. W Kazimierzu Dolnym już byliśmy, więc znamy miejsca, które można zwiedzać. Pochodziliśmy trochę po Kazimierskim Rynku, przeszliśmy się na zamek oraz na wieżę obronną. Okazało się, że zamek i wieża były zamknięte ze względu na upał. Gdy wraz z żoną wcześniej byliśmy w Kazimierzu Dolnym, to tych miejsc nie zobaczyliśmy, bo były remontowane, a tym razem zamknięte. Oczywiście w czasach podstawówki przyjeżdżaliśmy na wycieczki szkolne do Kazimierza, więc za wiele nie straciliśmy. Przy zachodzie słońca spacerowaliśmy nadwiślańskim bulwarem, a gdy się ściemniło, poszliśmy posiedzieć na Rynku, popijając zimne piwko.

Wisła w Kazimierzu Dolnym
Wisła w Kazimierzu Dolnym
Widok na Wisłę w Kazimierzu Dolnym
Widok na Wisłę w Kazimierzu Dolnym
Zamek w Kazimierzu Dolnym
Zamek w Kazimierzu Dolnym

Następnego dnia wykwaterowaliśmy się, ale w porozumieniu z właścicielem zostawiliśmy samochód na terenie ośrodka i poszliśmy pochodzić po mieście. Rano ludzi było zdecydowanie mniej, poza kilkoma grupami dzieci z podstawówki. W lodziarni Ambrozja kupiliśmy pyszne lody i przeszliśmy się posiedzieć nad wodą.

Mimo że w Wiśle wody było bardzo mało, to rejsy się odbywały tak samo, jak w Sandomierzu. Siedząc, patrzyliśmy, jak statek płynie. Z przystani ruszył w stronę Krakowa i po 100-150 m zawrócił w stronę Puław. Po jakiś 30 min zauważyliśmy, że wraca, ale przy ostatnim zakręcie chyba utknął na mieliźnie, bo pojawił się dopiero po 15-20 min.

Janowiec
Janowiec

Wracając znad wody, zrobiliśmy małe zakupy i ruszyliśmy dalej, a dokładnie do zamku w Janowcu, który znajduje się po drugiej stronie Wisły. Tam dojechaliśmy przez Puławy, bo nie widziałem, żeby kursował prom. Spędziliśmy trochę czasu na terenie zamku w Janowcu, gdzie można pochodzić po parku. Ze względu na to, że park i zamek są na wzniesieniu, to z tego wzniesienia rozciąga się malownicza panorama na Wisłę i Kazimierz Dolny. Po powrocie do samochodu ruszyliśmy do ostatniego punktu naszej wycieczki, miejsca oddalonego o 152 km, naszego domu.

Zamek w Janowcu
Zamek w Janowcu

To była wspaniała podróż, podczas której mimo długich godzin spędzonych w samochodzie i kilkugodzinnych „spacerów” po górach, odpoczęliśmy od pracy i codziennych obowiązków, a dzięki temu, że zobaczyliśmy wiele ciekawych miejsc, to mamy co wspominać. Polska to piękny kraj i warto ją zwiedzić wzdłuż i wszerz.

Podczas tej kilkudniowej wycieczki przejechaliśmy sporo kilometrów, a w dotarciu do kolejnych punktów trasy pomagała nam AutoMapa na iPhone. Dzięki niej, poza dotarciem pod wskazane adresy, mogłem wyszukać miejsca, które warto jeszcze zobaczyć. Dodałem również punkty, których w programie brakowało. Dzięki temu inne osoby będą mogły z nich skorzystać.

Chodząc po górach, zapisywałem ślady GPS szlaków turystycznych, po których się przemieszczaliśmy. Niestety nie zrobiłem tego dla pierwszej wycieczki, czyli szlaku z Wetliny na Jawornik. Ślady GPS, które utworzyłem, podzieliłem na kategorie odpowiadające kolorom, którymi oznaczone były dane szlaki. Zapis śladu tak długich wycieczek był możliwy dzięki temu, że na iPhone nie pada tak szybko bateria, a poza tym w AutoMapie włączyłem opcję pracy w tle, wyłączyłem dźwięki i wygasiłem ekran.

Pliki ze śladami GPS, poprzez system raportowania błędów, przesłałem do działu opracowania map, ponieważ tych szlaków brakuje na mapie. Mam nadzieję, że w kolejnej wersji mapy zostaną uwzględnione, ponieważ mogą się przydać innym turystom.

Poniżej pokazana jest mapka wyświetlająca ślady GPS zapisanych szlaków. Jeżeli ktoś jest zainteresowany, to te ślady mogę udostępnić. Być może im więcej osób je prześle do działu opracowania map, to tym szybciej zostaną dodane do AutoMapy.

Ślady GPS szlaków
Ślady GPS szlaków

Niestety na tej mapce brakuje szlaku na Jawornik, ale być może w przyszłości zapiszę jego przebieg i zaktualizuję mapkę. Być może ten szlak zostanie dodany do AutoMapy przez innego użytkownika lub dział opracowania map.

Oceń wpis
[Maks.: 6 Średnia: 5]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.